SOUNDGARDEN King Animal

Soundgarden King Animal recenzjaSOUNDGARDEN
King Animal
2012

Z wielkiej chmury mały deszcz – tak delikatnie mogę określić moje wrażenia po wysłuchaniu nowego, niezwykle wyczekiwanego albumu Soundgarden. Pierwszego od 16 lat. Tym, którzy o kapeli nie słyszeli (są tacy?), krótko przypomnę, że Soundgarden wraz Nirvaną, Pearl Jam i Alice In Chains zaliczany jest do tzw. „Wielkiej czwórki z Seattle„, prekursorów nurtu grunge (ostre, agresywne, nieskażone elektroniką, psychodeliczne i nieco „brudne” brzmienie oparte na rocku lat 60. i elementach punk rocka). Wraz ze świetną płytą Superunknown (1994) przyszedł wielki sukces, niedługo potem kłótnie, w efekcie których trzy lata później grupa się rozpadła. Po 12 latach powróciła w oryginalnym składzie. Panowie koncertowali, pisali, tworzyli i wreszcie wydali – nowiutki, jeszcze ciepły album King Animal. Nabyłem, wysłuchałem i… mina mi zrzedła. Pozornie jest dobrze, ale… wcale nie jest. Może legendarne zespoły nie powinny się reaktywować? Może lepiej zapamiętać je w najwyższej formie? Tego nie rozstrzygniemy.

   Podczas tej długiej przerwy jedynym naprawdę aktywnym członkiem Soundgarden był Chris Cornell. W latach 2001-2007 był wokalistą w supergrupie rockowej Audioslave, którą stworzył wraz z byłymi członkami Rage Against The Machine (świetna pierwsza płyta), potem rozpoczął karierę solową, i to już trochę inna bajka. Wyobraźcie sobie, że nagrał nawet piosenkę do Bonda! To nie żart. Scream – jego trzeci album, wyprodukowany przez modnego i niezwykle skutecznego hip-hopowego producenta Timbalanda, został zmiażdżony przez krytykę. Rocka nie było tam wiele, ale przebój Part Of Me porywa do dzisiaj. Przyznam uczciwie, że Cornell to jeden z moich ulubionych wokalistów rockowych, uwielbiam go jeszcze z czasów Temple Of The Dog za genialny numer Reach Down (jak zresztą i cały album). Ale to wszystko historia. Piękna, ale historia. Teraz Cornell i spółką tworzą historię nową i nie wychodzi im to najlepiej.
Nie bardzo wiem, co konkretnie napisać o nowej płycie. Może zacznę od pozytywów. Płyta się ukazała, jest lepsza od ostatnich dokonań pozostałych weteranów z Seattle (Pearl Jam i Alice In Chains), i nadal śpiewa Chris Cornell. Tyle pozytywów. Teraz bolesna prawda: kompozycje są dość słabe i tylko momentami grupa przypomina poziom sprzed lat. Naliczyłem cztery takie momenty: Blood On The Valley Floor, Bones Of Birds, TareeRowing. To mało? Ano mało. Chciałoby się więcej. Muzycy mieli naprawdę sporo czasu na napisanie dobrego materiału. Ale skoro gitarzysta Kim Thayil mówił „zależy nam na tym, aby nagrać płytę, która będzie nas ekscytować. Ostatnią rzeczą, jakiej chcemy, to zrobienie czegoś grunge’owego lub metalowego”, to trudno oczekiwać cudu. To co w takim razie panów rajcuje, jeśli nie chcą grać tego, z czego słyną? Akustyczne pitolenie, jak w wielu nowych utworach? W tym kierunku pójdą? To już niech lepiej nie nagrywają niczego nowego. Wystarczy.
Narzekam, bo spodziewałem się naprawdę znacznie więcej. Przecież chłopaki nie zapomnieli, jak się gra. Jeżdżą, koncertują, grają stare kawałki. Wiem, że stać ich na więcej. I wierzę, że na kolejnym albumie otrzymamy więcej. Na razie dostaliśmy bezbarwne kompozycje, nawet singlowy numer Been Away Too Long jest kompletnie nijaki. Dobry jest tylko jego tytuł. Rzeczywiście, za długo ich nie było. Stracili wenę. Muszą teraz w spokoju popracować nad jej odnalezieniem.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: