TO ROME WITH LOVE Zakochani w Rzymie

Rome With Love Zakochani Rzymie recenzja Woody AllenTO ROME WITH LOVE
Zakochani w Rzymie

2012, USA, Włochy
komedia romantyczna, reż. Woody Allen

Kim jest Woody Allen – każdy wie. Jedni go kochają, inni nienawidzą, ale na pewno uczciwie zapracował sobie na pozycję, którą zajmuje w świecie filmu. Co nie znaczy, że wszystkie jego filmy są świetne i nie można ich krytykować, chociaż mam wrażenie, że bardzo wiele osób tak właśnie myśli. Jeśli napiszesz niepochlebnie, to jesteś debilem, bo nie zrozumiałeś wizji geniusza. Guzik prawda. Jak każdy reżyser, Allen też ma filmy nietrafione, a poza tym każdy ma prawo do swojego zdania. Jeśli Zakochani w Rzymie to dobry film, to jak wtedy ocenić Manhattan czy Annie Hall? Zabraknie skali… Filmy Allena są na ogół przegadane – dla jednych to stanowi ich urok, dla mnie wręcz przeciwnie. Ale nie sięgając zbyt daleko w przeszłość, oceniając najnowsze dzieło trzeba się odnieść do całej miejskiej serii, zapoczątkowanej w urzekającej Barcelonie, a kontynuowanej w Londynie i Paryżu. Szczerze przyznam, że wszystkie trzy filmy: Vicky Cristina Barcelona, Poznasz przystojnego bruneta (ze zjawiskową Freidą Pinto) i O północy w Paryżu, podobają mi się znacznie bardziej. Nie dlatego (albo: nie tylko dlatego), że sam reżyser w nich nie występuje, ale coś w tym jest. Zresztą w każdym jego filmie obsada jest znakomita, również tutaj. Poza barcelońską muzą Allena Penelope Cruz, możemy podziwiać nominowanych do Oscara Aleca Baldwina, Ellen Page i Jesse Eisenberga (grał Marka Zuckerberga w Social Network). Nie mogło zabraknąć rodowitego Włocha, najlepszego komika Roberto Benigniego. Fabuła to najkrócej ujmując, miłosne perypetie bohaterów. Jest to zbiór kilku mniej lub bardziej absurdalnych historii, których wspólnym motywem jest Rzym. Właściwie nie bardzo wiem, co jest tu ważniejsze – treść filmu czy pokazanie uroków Wiecznego Miasta i intensywna promocja kolejnej europejskiej stolicy za pieniądze hojnych sponsorów. Chyba to drugie. Po Barcelonie, Londynie i Paryżu musiał być Rzym. Które miasto następne?
   Sam film to typowo allenowski humor sytuacyjny, momentami groteska, i cała masa niekończących się dialogów, jakże typowych dla ostatnich dzieł reżysera. Zakochani w Rzymie nie ma lekkości O północy w Paryżu, ale jest nakręcony według podobnego klucza (dobrze pokazany klimat miasta). Fani Allena będą zadowoleni, reszta niekoniecznie. Historie nie są spójne ani specjalnie frapujące. Wyjątek stanowi znakomita satyra na kult celebrytów – akurat ten wątek odgrywa wychwalany Benigni, którego jakoś nie potrafię polubić. Leopoldo, przeciętny człowiek, z dnia na dzień staje się rozchwytywanym bohaterem mediów. Nie wiadomo dlaczego. Jego sława mija równie szybko, jak się pojawiła. Allen po mistrzowsku pokazuje, jak mało dzisiaj potrzeba, by zwykłe miernoty stały się gwiazdami, chociaż niewiele sobą reprezentują. Takie czasy. Kultura upada na naszych oczach. Dużym plusem filmu są różnego rodzaju aluzje (ale te wychwycą tylko znawcy), w tym wyraźne nawiązania do własnej twórczości („nikt nie rozumie mojej sztuki, wyprzedzam epokę”) oraz wieku i zbliżającej się emerytury (podczas rozmowy ze swoją filmową żoną, na jej uwagę „zachowujesz się tak, jakby emerytura równała się śmierci” odpowiada „tak, bo ja chcę wciąż coś robić”). Ale te wszystkie drobne smaczki wcale nie robią z Zakochanych w Rzymie bardzo dobrego filmu. Jest dość przeciętny. Owszem, Allen nie schodzi niżej pewnego poziomu, ale zaczyna trochę zjadać własny ogon. Wszystko to już było w jego filmach i często w znacznie lepszym wydaniu. Zresztą – co bym nie napisał, fani i tak pójdą zobaczyć, a „niewtajemniczeni” będą omijać szerokim łukiem. Tak już jest.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: