IRON SKY

Iron Sky recenzja Timo VuorensolaIRON SKY
Iron Sky

2012, USA
komedia sci-fi, reż. Timo Vuorensola

altaltaltaltalt

Z dużej chmury mały deszcz – tak mogę krótko opisać wrażenia po obejrzeniu Iron Sky. Szykowałem się na ten film bazując na szumnych zapowiedziach i znakomitym trailerze. Liczyłem, że czarna komedia science-fiction, nawet mocno absurdalna, bo przecież opowiadająca o ataku nazistów z Księżyca, będzie niczym powiew świeżego powietrza wśród zbytnio nadętych produkcji Hollywood. Zaczęło się naprawdę obiecująco, ale im dalej, tym bardziej nerwowo zacząłem spoglądać na zegarek, nie mogąc się doczekać końca. Iron Sky to świetny przykład, jak marny scenariusz i słaba gra aktorska mogą zespuć całkiem ciekawy pomysł na film. Bo trzeba przyznać, że pomysł był niezły, oczywiście w monty pythonowskich kategoriach. Naziści pod koniec II wojny światowej wysyłają (nieistotne jak) na Księżyc swoich przedstawicieli, którzy na ciemnej stronie budują tajną bazę i przez następne dekady szkolą kolejne pokolenia jedynej słusznej nacji. W 2018 roku planują zmasowany atak na Ziemię, aby tym razem skutecznie wyeliminować inne rasy i ostatecznie zapanować nad światem. Lądując na Ziemi wykrzykują „Przychodzimy w pokoju!
   Nawet niespecjalnie przeszkadzało mi nagromadzenie absurdu, choć może rzeczywiście jest go tu za wiele. Nawet jak na pastisz i satyrę na współczesną Amerykę. Problem w tym, że sceny pozornie śmieszne nie śmieszą, moralizatorskie wstawki denerwują, a cała historia nie trzyma się kupy. Owszem, efekty specjalne są niezłe, a muzyka zespołu Laibach ubarwia obraz, ale to za mało, by całość odebrać pozytywnie. Zajawki obiecywały, że będzie śmieszniej, ciekawiej i na trochę innym poziomie. Jak nakręcić świetny pastisz pokazał Robert Rodriguez filmem Maczeta, gdzie oprócz znakomitej obsady i gry aktorskiej doskonały był przede wszystkim scenariusz. W Iron Sky to właśnie kuleje. Ilość aluzji kulturowo-politycznych jest ogromna, ale nie tym się mierzy wartość obrazu. Ludziom nagminnie powołującym się na Monty Pythona (którego lubię i doceniam) powiem tak: również angielscy komicy mieli w swoim repertuarze utwory mniej zabawne i chybione. Ostatecznie przecież liczy się film jako całość, a nie pojedyncze sceny. Zresztą tych dobrych momentów tutaj też nie było wiele. Iron Sky to dzieło może nie tragiczne, ale dość przeciętne. A mogło i powinno być znacznie lepsze.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: